poniedziałek, 30 września 2013

O k... chłopaki...

...tu jest Raj na Ziemi :D Tyle par cycków na raz na żywo nigdy nie widziałem i z całą pewnością nie zobaczę póki tu nie wrócę. A wrócę! :D

niedziela, 29 września 2013

Dni siódmy i ósmy - trekking w dżungli

Dziś miałem koszmarną noc, zaduch był potworny, a moja żona wyłączyła wentylator, bo za głośny. Koło trzeciej musiałem w końcu wyjść pooddychać na balkon. Koło 9:30 czekał na nas przewodnik z kierowcą, którzy na zabudowanej pace Toyoty zawieźli nas na prowincję jakieś 1,5h od Chiang Mai. Najpierw pojechaliśmy na jakiś lokalny targ zrobić trochę zakupów na te dni. Automatyczne odganiacze much skonstruowane z wentylatorów i worków foliowych albo skrawków materiału roznosiły po całej okolicy zapach leżącego w upale surowego mięcha i podrobów, więc powiem szczerze, że momentami aż mnie lekko cofało od niego. Fajna, lokalna, nieturystyczna miejscówka. Potem pojechaliśmy jeszcze kawałek zobaczyć jakiś wodospad, nad którym zjedliśmy szybki lunch zawinięty w liście bambusa, po czym podjechaliśmy jeszcze kawałek coraz to bardziej bocznymi i dziurawymi drogami, by w końcu wziąć nasze plecaki i z buta wyruszyć dalej na wyprawę przez dżunglę. Pierwszego dnia maszerowaliśmy przez blisko trzy godziny, warunki momentami były ciężkie z powodu zrywających się intensywnych ulew, które zamieniały ścieżki w błotną ślizgawicę, co szczególnie przy odcinkach prowadzących w dół powodowało znaczne problemy, szczególnie że ubranie (długie spodnie, płaszcze przeciwdeszczowe) i plecaki krępowało ruchy, deszcz ograniczał widoczność, a zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki. Okolica momentami, jak stwierdziła wychowana w okolicach Gór Wałbrzyskich Ania, do złudzenia przypominała Książański Park Krajobrazowy (wiem, jak wyglądają nasze szlaki przez Sudety, więc w pełni się z nią zgadzałem), innymi odcinkami jednak odpowiadała też w pełni moim wyobrażeniom o dżungli, dziczy i głuszy. Kulminacyjnym punktem dzisiejszego marszu był wodospad ukryty w gęstwinie, gdzie musieliśmy przedostać się przez strumień, potem ścieżka wiodła już praktycznie cały czas pod górę, więc wszyscy i tak już nieźle zmęczeni, dostaliśmy naprawdę solidnie w kość (była nas szóstka - nasza trójka, dwie Dunki oraz nasz przewodnik). Wreszcie po długim i męczącym marszu po wejściu na jakieś wzgórze naszym oczom ukazała się położona w dole wioska, w której po krótkim zejściu byliśmy. Kapitalne miejsce, taką azjatycką miejscówkę, wyobrażaną sobie gdzieś na podstawie zdjęć ze świata, chciałem właśnie zobaczyć, prawdziwe country-side. Maleńka wioska otoczona zewsząd wzgórzami pokrytymi bujną zieloną gęstwiną, zbite z desek domki na palach, których nikt nie zamyka (bo i po co, zresztą nie mają nawet zamków), brak sklepów, jakichkolwiek napisów w naszym alfabecie, ludzie żyją z tego, co wyhodują na polach i pastwiskach, bez utwardzonej drogi, a ta nieutwardzona spływa codziennie błotem po obfitej ulewie. Turystów w całej wiosce piątka - my i dwie studiujące Dunki, które szły z nami i które po dwóch miesiącach praktyk pielęgniarskich w Bangkoku, przez miesiąc jeżdżą teraz po Tajlandii. My także zostaliśmy zadekowani w domku na palach na bambusowych matach, bez prądu, wody i neta. Pod wieczór nasz przewodnik wraz z jednym tubylcem zmontowali kolację z grzybów, które uzbierał po drodze (blaszkowe, więc świetną skądinąd zupę cytrynowo-grzybową jadłem z pewną taką nieśmiałością i w niewielkich ilościach), oraz z tego, co zakupił dla nas na targu, na którym byliśmy na początku wyprawy. Potem, gdy było już ciemno, przyplątał się jeszcze jakiś wioskowy trick-man, który wyraźnie szukał towarzystwa i przez dłuższy czas pokazywał nam wyuczone przez siebie sztuczki, za które ostatecznie dostał od nas jedno piwko, wypiliśmy też zakupioną na targu miejscową "whisky" z colą i poszliśmy spać, wszak po zmroku niewiele było tu do robienia (ja, póki jeszcze starczyło prądu w baterii, przepisywałem dziennik). Perfekcyjne miejsce jak dla mnie, sam środek niczego, absolutne zero jakiejkolwiek komerchy, 100% autentyzmu, sam koniec świata. Coś takiego właśnie chciałem zobaczyć, teraz mogę więc już nawet i na plażach gdzieś poleżeć :) W nocy padało bardzo intensywnie, rozbijające się o dach naszej chatki strugi wody robiły duży hałas, zresztą nawet gdy przestało, odgłosy natury zewsząd też nie dawały spać. Obudziłem się koło 2:30 i walczyłem do 5. nim znów na trochę udało mi się zdrzemnąć, szczególnie że stare gnaty bolały od leżenia na twardym podłożu. Ania ponoć nie zasnęła porządnie całą noc. Rano zjedliśmy jeszcze śniadanie i potem z nowym zapasem energii poszliśmy dalej w busz, początkowo w kolejnej bardzo intensywnej ulewie. Dziś trasa w większości wiodła przez bardzo "dżunglowate" rejony i wspomnianego książańskiego nie przypominała w ogóle. Mijaliśmy też intensywnie zielone pola ryżowe, pod koniec natomiast doszliśmy pod naprawdę zjawiskowy po intensywnych tego dnia ulewach wodospad, z którego spadająca w dół rozpryskująca się woda tworzyła przyjemną, ochładzającą mgiełkę w okolicy. Niedługo później wyszliśmy do jakiejś wioski, znacznie nowocześniejszej niż ta w której spaliśmy, do której wkrótce przyjechał po nas kierowca od naszego przewodnika. Dzisiejsza traska nie prowadziła prawie w ogóle pod górę, więc wszyscy mieliśmy jeszcze spore zapasy mocy. Podsumowując - kapitalna jak dla mnie wyprawa, podczas w sumie pięciu godzin marszu przez dzicz spotkaliśmy jednego tylko człowieka, wypasającego gdzieś na wzgórzu swoje zwierzęta, poza tym tylko dzika natura. Wracając podjechaliśmy jeszcze do wioski długoszyjnych, których nie mieliśmy wprawdzie w swoim programie, ale miały je towarzyszące nam Dunki, więc i my w gratisie dostaliśmy możliwość ich zobaczenia. Kobiety ponoć pochodzą z Birmy, wioska z jeden strony w istocie wzbudza lekkie zażenowanie i przypomina ludzkie ZOO w którym do zdjęć pozują ludzkie okazy, z drugiej jednak strony można podejrzewać, że chyba żyje im się tu teraz dostatniej niż wcześniej na birmańskiej wsi. Dostatniej, tylko czy szczęśliwiej? Po zjedzeniu lunchu pojechaliśmy jeszcze do obozowiska słoni. Choć to oczywiście atrakcja typowo turystyczna, to mimo tego jednak  w sumie dość autentyczna, i mało skomercjalizowana w porównaniu choćby z tygryskami pod Chiang Mai, no i naprawdę fantastyczna dla kogoś, kto dotąd nie miał w życiorysie przejażdżki na słoniu. Obóz był naprawdę fajny, malutki, położony na uboczu, kilka słoni żyjących tam sobie (bez klatek), poza nami żadnych turystów, żadnych ogrodzeń, kas, czy napisów z informacjami. Na słoniach zabrano nas na przejażdżkę po okolicznych wzgórzach, stary woźnica siedzący słoniowi na głowie przyśpiewywał pod nosem jakieś azjatyckie pieśni ludowe, świetny klimat. Niesamowite, że na takim dużym, ciężkim i wydawać by się mogło niezgrabnym zwierzęciu, można wchodzić pod górę takimi wąskimi, krętymi ścieżkami, którymi nie dało by się przecisnąć nawet motocyklem crossowym, o terenówce nawet nie wspominając. Było też trochę śmiechu, gdy idące sobie wolno małe słoniątko poszło gdzieś w długą i nie chciało wracać, nasz wkurzony woźnica zeskoczył więc z głowy naszego żyjącego własnym życiem pojazdu i pobiegł gonić małego po wiosce, a my czuliśmy się nieco nieswojo sami na tym dużym zwierzu pozbawionym kierowcy. To wszystko w otoczeniu naprawdę sielskiej scenerii, w otoczeniu spokoju i ciszy. Zajebiście jednym słowem! Po drodze mieliśmy jeszcze mieć spływ tratwą po lokalnej rzece, ale w związku z bardzo intensywnymi ulewami w ostatnich dniach wody było tyle, że nie dało się tego bezpiecznie zorganizować. Godzinę później byliśmy więc w naszym hotelu, ponownie podłączyliśmy się do prądu i neta ze wszystkimi swoimi wynalazkami cywilizacji, przebraliśmy się i wykąpaliśmy, bo po dwóch dniach spędzonych w dżungli urżnięci byliśmy w pocie i błocie dosłownie od stóp do głów, po czym poszliśmy jeszcze coś zjeść i ponownie wróciliśmy do hotelu skąd po chwili mieliśmy udać się na nocny autobus do Bangkoku. Tutaj jeszcze trafiliśmy przy okazji na pogrzeb w położonej tuż obok świątyni, a jeden z gości zablokował wyjazd kierowcy, który miał nas odwieźć na autobus. Było więc trochę nerwowego biegania, przesiadka w inny samochód, potem jeszcze w inny, w każdym razie na autobus z zapasem jeszcze udało nam się zdążyć. Dwupiętrowym, nowoczesnym autobusem ruszyliśmy w ośmiogodzinną nocną podróż powrotną do Bangkoku. Ogólnie jest dobrze, ostatnie dwa dni były mega, właśnie taką Tajlandię chciałem zobaczyć i poczuć, gdy ogólne plany jesiennego wypadu zaczęły nabierać realnych kształtów.

północna Tajlandia, wrzesień 2013

sobota, 28 września 2013

Dni piąty i szósty - Chiang Rai - Chiang Mai

Z rana dnia piątego mieliśmy ustawiony samochód z kierowcą z którym pojechaliśmy do Złotego Trójkąta. Ten wypad niestety uznać należy za kompletne nieporozumienie. Gość wywiózł nas najpierw na jakiś klasyczny pocztówkowy punkt widokowy z widokiem na Złoty Trójkąt w ścisłym tego określenia znaczeniu. Widok na rzekę Mekong, po prawej Laos, po lewej Birma, i tylko do szczęścia dwóch autokarów z niemieckimi i holenderskimi emerytami mi brakowało ;-D (ale stragany były). Wokół masa tandety, grubo za wysoko wycenione rejsy po Mekongu z możliwością zakupów po laotańskiej stronie (pewnie w równie "fascynującym" miejscu) i tandetne posągi Buddy. Stuprocentowa padaka. Próbowaliśmy facetowi tłumaczyć, że nie chcemy tandety, straganów z chińszczyzną i podjebanych atrakcji, ale nasz kierowca - jak to Tajowie mają w zwyczaju potakiwał tylko "YES, YES" niezależnie od tego czy rozumiał cokolwiek czy ani słowa. Słuchając towarzyskich zagadaywań Ani na różne tematy z rozumną miną potakiwał "YES, YES", na pytanie np. "gdzie są tu twoje ulubione miejsca" odpowiedź była równie wymowna - "YES, YES". "-A może pojedziemy tu w prawo w tą boczną drogę zobaczyć np.jakąś wioskę bez straganów ? -"YES, YES.", uśmiech na twarzy i dalej, nie zwalniając nawet, jedzie prosto główną szosą. Koszmar. Ania próbowała jeszcze walczyć, ale jej próby skazane były na niepowodzenie, ja poddałem się już dawno. Zahaczyliśmy więc jeszcze o jakieś równie "z dupy wzięte" gorące źródła, z ZOO za 60 zł/os z kobietami o długich szyjach zrezygnowaliśmy i szczęśliwie chociaż wyjątkowo cieszącą oko świątynię zobaczyliśmy, inną zupełnie niż te które widzieliśmy do tej pory. Tak czy siak 2/3 dnia stracone, koło 16. byliśmy już w Chiang Mai. Po drodze jeszcze nasz "przewodnik" zawiózł nas na obiad do równie autentycznej jak i cała wycieczka knajpy o wdzięcznej nazwie "Kapusty i Kondomy". Na ścianie napis: "nasze jedzenie nie powoduje ciąży". Śmieszne, niemalże jak żarcik Karola w Familiadzie. Ciąży nie powoduje, nieba w gębie również, niemniej jednak należy uczciwie przyznać, że jedzenie było zupełnie przyzwoite. Po przyjeździe poszlajaliśmy się trochę po Starym Mieście w Chiang Mai, najedliśmy się jedzennia z ulicznych stoisk, w końcu trafiliśmy na jakąś bibkę z tajskim regge na żywo, po czym trafiliśmy na jeszcze jeden stylowy bar, by w końcu niedługo potem pójść spać. Rano sami jeszcze do końca nie wiedzieliśmy, co tu robić z życiem w Chiang Mai. Myśleliśmy o wypożyczeniu auta i objechaniu okolicy, ale wszędzie chcieli oryginał paszportu i kartę kredytową, a tych nie chcieliśmy im dawać. Myśleliśmy też o wypożyczeniu skutera, ale Ania bała się sama prowadzić, a w trójkę na jednym nie pojechalibyśmy, braliśmy też po uwagę wypożyczenie samochodu z kierowcą, ale pomni doświadczeń poprzedniego dnia i tą opcję sobie darowaliśmy. Ostatecznie postanowliśmy zrobić sobie lazy day w Chiang Mai. Na początek poszliśmy więc coś zjeść do naprawdę bardzo lokalnej knajpy z żarciem za 3 zł, ale w związku z tym, że w jedzeniu były m.in. podroby, tylko ja zdołałem je w całości zjeść. Przy okazji, kolejny już raz, zauważyłem ciekawe zjawisko przeliczania przez sprzedawców w teatralny niemalże sposób reszty do wydania tak, by klient mógł z nim sprawdzić jej prawidłowość. Jak dotąd nigdy nas nie oszukano. Ciekawe to w zestawieniu ze sprzedawcami soków w marokańskim Marrakechu, gdzie nie ma cienia szansy na to, by sprzedawca sam wydał resztę prawidłowo, dopóki go do tego nie zdyscyplinujesz albo zna już twoją gębę na tyle, że wie, że i tak się o nią upomnisz. Po śniadaniu wzięliśmy lokalnego "songtaew"-a (jak nazywa to nasz przewodnik Pascala), czyli coś w rodzaju pół-taxi, pół-busa zrobionego z Toyoty Hilux lub jej podobnej poprzez zabudowanie paki i wsadzenie do niej dwóch podłużnych ławek. Pojechaliśmy więc sobie najpierw nad rzekę popatrzeć na łodzie długorufowe (long-tail boats), zajrzeliśmy też do pobliskiej świątyni. Siedzieliśmy sobie nad rzeką, a ja przepisywałem dziennik i popijałem Changa. Potem kolejnym songtaewem postanowiliśmy pojechać do Tiger Kingdom. Choć nikt z nas nie lubi przepłaconej, turystycznej tandety, to jednak każdy z nas miał dużą ochotę pogłaskać tygryska. Udało się, choć ceny z lekka kosmiczne. 60 zł za spotkanie z maleńkimi, i aż do 190 zł za maleńkie, małe, średnie i duże. Cena chyba nawet "lepsza" niż w jordańskiej Petrze, wszak tam przynajmniej zwiedza się dobre pół dnia. Mimo tego chyba jednak było warto, bo nie wiadomo, czy ktokolwiek z nas kiedykolwiek jeszcze w życiu będzie miał okazję pogłaskać tygryska. Przy wejściu napis "To nie jest ZOO, lecz połączenie Królestwa Tygrysów z restauracją". Hmmm, no dobrze, powiedzmy że coś w tym jest. Po powrocie poszliśmy jeszcze coś zjeść w ulicznych straganach (są np. kurczęce głowy, ale nie odważyłem się, na początek spróbowałem kurczęcych żeberek za 50 gr... :D). Potem dziewczyny poszły na masaż i targ nocny, a ja na piwo do knajpy obok (masaż zostawię sobie na Bangkok ;D). "Zajebiście, zajebiście oraz ...zajebiście" - oto odpowiedź Ani na pytanie o trzy słowa, o które poprosiłem, by opisała wrażenia z masażu, wszak ja jako nieobecny nic o tym napisać nie mogłem. Po tej reklamie myślę sobie, że w Bangkoku to dopiero muszą być zajebiste masażystki :D. Po wyjściu złapaliśmy tuk-tuka i wróciliśmy do hotelu. Lazy day wyszedł nam bardzo odprężająco i chyba w sumie wszyscy są zadowoleni, że się na niego zdecydowaliśmy, bo jutro rano ustawieni już jesteśmy na dwudniową (z nocką) wyprawę do dżungli. [Notka z wyprawy do dżungli gotowa, ale na przepisanie musi poczekać - zostało mi 4 min na baterii w autobusie do Bangkoku, a gniazdek brak, nie to co w polskimbusie - przyp.red.]

okolice Chiang Mai, Tajlandia, wrzesień 2013

Na bieżąco.

Wyszliśmy po dwóch dniach z dżungli, wypad mega. Mamy znowu prąd, net i wodę. Update co do ostrego żarcia - na lokalnym targu kupiłem zupkę z owocami morza, w połowie się poddałem (również z powodu porcji, ale ostra jak piorun bez dwóch zdań). Dziennik pisany na bieżąco, muszę tylko do kompa przepisać. Może uda się w autobusie, nocą wracamy do Bangkoku. Jest dobrze :)

czwartek, 26 września 2013

Dzień trzeci i czwarty - Abu Dhabi - Bangkok

Po sześciogodzinnym locie podczas lądowania w Abu Dhabi temperatura wynosiła 32 st. C, a była 5:50 rano! Naprawdę gorąco tu mają. Po ponownym przejściu bramek bezpieczeństwa i odczekaniu dwóch godzin znowu byliśmy na pokładzie, tym razem Boeinga 777, dla odmiany dość już wysłużonego. Większość bajerów na ekranach nie działała, w tym info o locie, byliśmy więc jak pijane dzieci we mgle, nie całkiem w przenośni zresztą, bo skoro na monitorach nic ciekawego nie znaleźliśmy, od razu przeszliśmy do testów baru pokładowego :D W fotele wbudowano też kiedyś telefony o wyglądzie komórki z lat 90. (za 6 dolców za minutę można sobie było ponoć podzwonić na Ziemię - nie testowaliśmy). Po osiemnastej miejscowego czasu wylądowaliśmy na BKK. Lotnisko wydaje się ogromne, podobnie jak kolejki do odprawy paszportowej. Gdy w końcu udało się przez nią przebić i odebrać bagaże (szczęśliwie wszystkie trzy doleciały z WAW z dwiema przesiadkami) kupiliśmy sobie jeszcze po tajskim pre-paidzie (30 zł za tydzień neta bez limitu i 10 zł na rozmowy w tej już cenie) i po długim marszu na drugi koniec terminala spotkaliśmy się z umówionym kierowcą z hotelu. Wsiadając do samochodu najpierw wsiadłem oczywiście omyłkowo za kierownicę, nie dlatego żebym chciał prowadzić po whisky z Etihadu, ale dlatego, że kierownica nie po tej stronie, do której jestem przyzwyczajony :D Jadąc do centrum przez okna zerkaliśmy na ogromną i na pierwszy rzut oka bardzo nowoczesną metropolię - wieżowce do nieba, autostrady i estakady w kilku poziomach. W sklepiku pod naszym hotelem kupiliśmy sobie jeszcze po dwa tajskie małe piwa na lepszy sen i wykończeni circa dziewiętnastogodzinną podróżą poszliśmy odsypiać zaległości (ja z Żabą mieliśmy zresztą zarwane już trzy noce - pierwszej o 5:40 obudziła nas Córcia, kolejną spędziliśmy w polskimbusie, a ostatnią w samolotach). To już nie te czasy niestety, gdy po 32 godzinach spędzonych za kierownicą w drodze do Rumunii byłem jeszcze w stanie pójść na rumuńską imprezę :D Koło 11. wyszliśmy na nasze pierwsze, niezobowiązujące spotkanie z Bangkokiem, bez żadnego planu na początek. Poszlajaliśmy się trochę po uliczkach, straganach z żarciem i sklepikach. Po drodze zaliczyliśmy też nasze pierwsze spotkanie z posągiem Buddy w jakiejś świątyni, potem weszliśmy do kolejnej popatrzeć na mnichów. Tam zaczepił nas jakiś Taj, który opowiadał coś o obchodzonym ponoć tego dnia święcie, jednakże Tai english jest dla mnie, w przeciwieństwie do tego angielskiego z Włoch, Francji, Maroka, Szwecji, Chorwacji, Holandii, Ukrainy itd, zrozumiały jeszcze mniej niż ten oryginalny brytyjski :D, więc w sumie dowiedziałem się niewiele. Kawałek dalej zaczepił nas kierowca tuk-tuka, który zgodnie z tym, co usłyszeliśmy od wspomnianego wcześniej Taja ze świątyni, za 20 bathów tj. 2 zł (!!!) woził nas po mieście przez trzy godziny. Ta cena to ponoć w związku ze wspomnianym wyżej świętem, a przynajmniej tyle zrozumiała Ania (i dotyczyła ponoć tylko tuk-tuków z flagą tajską i królewską na dachu - Taj ze świątyni nazywał je "goverment tuk-tuk" cokolwiek miał na myśli). Kierowca jechał wprawdzie za 2 zł, ale przy okazji zbierał jakieś pieczątki za które dostawał potem kupony na paliwo i żarcie od rządu podobno, z którego był zresztą bardzo dumny (z rządu w sensie, nie z żarcia ;) ). Zobaczyliśmy więc z kolejne dwie buddyjskie świątynie, jakąś świętą górę czy coś w tym guście, w związku z pieczątkami nie obyło się także bez wizyty w dwóch sklepach (z garniakami szytymi na miejscu i drugi z biżuterią) i oficjalnej informacji turystycznej. Na koniec poprosiliśmy jeszcze, żeby odwiózł nas na sławną Khao San, na której jednak o tej porze za wiele się nie działo, poszliśmy więc dalej siadając w pierwszej napotkanej knajpie z kategorii tych bardziej zapyziałych i lokalnych niż turystycznych i na bocznej uliczce na nasz pierwszy tajski lunch. Żaba zamówiła makaron z warzywami i kurczakiem "absolutely no spicy". Smaczne, choć jak dla niej za ostre (próbowałem, ostrości nie czułem). Ja wziąłem sobie ostrą zupę z chili i krewetkami. Mając na względzie miejskie legendy o nieprawdopodobnie ostrym jedzeniu w Azji poprosiłem o cyt. "spicy, but not very very" :D Zupka była świetna, ostrość jak dla mnie dość solidna, ale w zupełności zjadliwa, tak mniej więcej doprawiam sobie gulasz, leczo czy fajitas w domu, gdy mam ochotę na coś ostrego. Choć dziewczyny twierdziły oczywiście, że tego nie da się zjeść i obficie popijały piwem.  [Później żarcie zamawiałem już w wersji spicy po prostu i wszystko choć zawierało solidną dawkę kapsaicyny, było dla mnie bez problemu zjadliwe i przyjemne w swym intensywnym odbiorze - przyp. red. z dzisiaj.] Ania - jak to Ania (vel "piwo to moje paliwo") głodna nie była, więc jedzenia nie zamawiała. Wracając do hotelu po nasze bagaże zjedliśmy jeszcze jakieś dwa wynalazki z ulicznych bud (niedobre, więc nie wnikam w szczegóły), wypiliśmy sobie kokosa (wg Żaby - woda z cukrem - potwierdzam) i poprosiliśmy recepcjonistę o zamówienie taxi na lotnisko, tym razem stare lotnisko DMK, skąd za 2,5h mieliśmy lot do Chiang Rai na północy Tajlandii. Wg informacji z punktu informacji turystycznej dojazd miał trwać 30-60 min, podobnie twierdził facet z recepcji. Hotelowy taxi service miał kosztować 400 bathów + 20 wezwanie do hotelu. Po przyjeździe taksiarza okazało się, że chce 500 bathów plus opłatę autostradową 50 i choć różnica 4-5 zł na głowę nie była dla nas zbyt istotna, to w imię zasad wdaliśmy się z nim w ostrą dyskusję, skutkiem której wylądowaliśmy z powrotem na ulicy pod hotelem. W międzyczasie zerwała się gwałtowna ulewa (to tutaj pora deszczowa), a ja w strugach obfitego, ale na szczęście ciepłego deszczu negocjowałem z pobliską sklepikarką i jednocześnie właścicielką stojącego przy tym sklepie tuk-tuka dowiezienie nas na DMK, dziewczyny w tym czasie rozglądały się za taksówką. Ta szczęśliwie po chwili się pojawiła (choć była to boczna uliczka, więc mieliśmy trochę szczęścia), poznana przeze mnie sklepikarka pomogła nam dogadać cenę i ostatecznie za 300 bathów highway fee inclusive ;) mokrzy, ale szczęśliwi że jednak polecimy, jechaliśmy na lotnisko. Ruch i korki były jednak potworne (ponoć z powodu ulewy - co częściowo przynajmniej zapewne jest prawdą), driver wyjątkowo nieporadny, a atmosfera wraz z każdą kolejną uciekającą minutą, robiła się coraz bardziej nerwowa. Obmyślaliśmy już w międzyczasie awaryjne plany B i C na kolejne dni, stojąc w gigantycznych korkach. Ostatecznie - biegnąc przez terminal, szukając nerwowo na monitorze numeru naszego stanowiska odpraw, stawiliśmy się w nim na dwie minuty przed jego (planowym) zamknięciem. Udało się. W magazynie pokładowym Air Asia, między licznymi reklamami alkoholu i perfum, jest też m.in. obszerny artykuł o... procedurach postępowania z ciałem w razie śmierci pasażera nieszczęśliwie zmarłego na pokładzie w trakcie lotu i ilustracja skośnookiego rzygającego do papierowej torebki ! Serio ! WTF? :D Ja wiem, że choroby i śmierć to część ludzkiego życia (tak przeczytałem w tym samym artykule, ale i tak wiem o tym doskonale), ale jakoś nie widzę tego w magazynach Ryanair, Wizz, LOT, Air Berlin, EasyJet... Wieczorem byliśmy w Chiang Rai, skąd następnego dnia rano mieliśmy udać się do Złotego Trójkąta.

Pierwsze wrażenia, bo o nie pytacie! Na pewno jak najbardziej pozytywne, choć w sumie dość umiarkowane chyba jednocześnie, bez ekscesów i żadnych istotniejszych problemów jak na razie, kraj łatwy w podróżowaniu i chyba w sumie mniej egzotyczny niż mógłbym się spodziewać. Jest trochę azjatyckiego syfu na ulicach, ale nie aż tyle jak sobie wyobrażałem (mało go jest), ludzie mają lekko skośne oczy, ale tylko lekko i w sumie patrząc na nich mam wrażenie, że to trochę nasze ziomki, żarcie mocno ostre, ale nie aż tak, jak głoszą miejskie legendy, ruch na ulicach chaotyczny trochę, ale nie aż tak jak w niektórych innych bliższych miejscach w których byłem. Miło i przyjemnie, może nawet nieco zbyt bezproblemowo jak dla mnie, gdy lecę na drugi koniec świata.

Bangkok, wrzesień 2013

Take off your shoes...

Ok, przed świątyniami rozumiem, ale przed publicznymi sraczami k... ? :DDD

Dni pierwszy i drugi - podróż (Wrocław - Warszawa - Berlin - Abu Dhabi)

Do Warszawy przyjechaliśmy z Wrocławia o świcie polskimbusem w dość komfortowych (jak na autobus) warunkach i choć jako zdeklarowany miłośnik kolei wolę pociągi, to argumenty takie jak 4x niższa cena od "TeeLKi" drugiej klasy i dobre 7x od IC drugiej klasy, zaklepane w tej cenie miejsce oraz nowoczesny i komfortowy tabor przemawiają na niekorzyść PKP nawet do mnie (zresztą jak każdy szanujący się polski miłośnik kolei - lubię kolej, nie znoszę PKP). Nie tylko do mnie zresztą - zarówno nasz nocny autobus jak i dzienny Ani zajęte były niemalże do ostatniego miejsca, siatka i częstotliwość kursów sukcesywnie są więc zwiększane, więc brawa dla polskiegobusa. To, że Polska zmienia się w niesamowitym tempie widać od lat w zasadzie na każdym kroku i obserwuję to podczas każdej mojej krótszej czy dłuższej podróży przez nasz kraj, widać to bardzo także w stolicy, która nota bene własnie odwołuje swoją prezydent, a ulotki "100 inwestycji w Warszawie" jej zwolennicy rozdają np. pod pałacem wilanowskim. Polskibus dojeżdża do nowoczesnego, odpicowanego centrum przesiadkowego Metro Młociny, skąd pachnącymi jeszcze nowością pociągami warszawskiego metra w ciągu kilku dłuższych chwil dojeżdżamy do centrum. Jest też nowa linia na lotnisko z równie nowoczesnym taborem i sporo nowych pociągów SKM, wszędzie ładne i jasne rozpiski tras i zapowiadanie przystanków. I tylko dworce Centralny i Śródmieście wyglądają niemalże tak samo jak wtedy, gdy z moim tatusiem jako mały chłopczyk jeździłem do babci, a główną atrakcją po przyjeździe na centralny były przejażdżki schodami ruchomymi, bo takiej atrakcji w moim Wrocławiu wówczas nie było. I tylko wszelkiej maści kababy, pity i im podobne przybytki rodem z ukraińskich "wokzał"-ów zamieniono na plastikowe Coffe Heaven'y, Starbucksy i im podobne z kawą po dychę i kanapkami po piętnaście plz za sztukę. W międzyczasie, nim na dobre jeszcze wyszliśmy z dworca na który przyjechaliśmy, zapłaciliśmy pierwsze podczas tego wyjazdu frycowe. W SkyCashu zakupiłem za 2x24 zł dwie dobówki na 1-2 strefę, by kilka chwil później wpatrując się przymulonym od niewyspania tępym wzrokiem w monitor w metrze przeczytaliśmy info o darmowej tego dnia komunikacji w związku z Dniem Bez Samochodu. Wracając z lotniska, gdzie zostawiliśmy nasze bagaże, zdążyłem wysłać reklamację w tej sprawie do ZTM Warszawa. W Piastowie pod Warszawką zjedliśmy śniadanie z rodzinką i udaliśmy sie do Centrum Nauki Kopernik, które jednak i tym razem przełożyliśmy ostatecznie na inną okazję w związku z 1,5-godzinną kolejką do kas. Zamiast po Koperniku poszlajaliśmy się więc po Wilanowie, którego nie widziałem z 10 lat, po czym pojechaliśmy do polecanej m.in. przez Trip Advisor warszawskiej knajpki z indyjskim żarciem, gdzie nażarliśmy się po uszy. Potem po drodze zahaczyliśmy jeszcze o pub, w którym spróbowałem belgijskiego piwa, którego nazwy już nie pamiętam i pojechaliśmy na lotnisko. Tu spotkaliśmy się z Anią, nadaliśmy bagaże do BKK (najpierw przekładając najbardziej krytyczne rzeczy do bagażu podręcznego), i po z okładem godzinnym locie kosiarką spalinową Bombardier Dash-8, byliśmy na lotnisku Berlin Tegel. Tutaj mieliśmy przesiadkę na lot Air Berlin do Abu Zabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Mimo że Europę i okolice zlatałej już wzdłuż i wszerz, mój licznik na flightdiary pokazywał już sto kilkanaście lotów rejsowych, to ten dopiero był pierwszym moim przelotem samolotem szerokokadłubowym. Słuszne gabaryty Airbusa A330 robiły więc wrażenie. Rozpędzający się po pasie startowym robi wrażenie stodoły na kółkach, z trochę na siłę dosztukowanymi skrzydłami, mimo to jednak oderwał się od ziemi, choć aż dziw bierze :) Ciekawe jakie jest wrażenie w A380. Piękne widoki na Berlin szybko ukryły się za chmurami, przystąpiliśmy więc do testowania systemu multimedialnego, który każdy z nas miał w poprzedzającym fotelu, nasz A330 niedawno chyba wyjechał dopiero z fabryki. Po przejrzeni wyboru filmów, muzy, teledysków i gierek odpaliliśmy sobie w końcu śledzenie trasy lotu i jego parametrów, podłączyliśmy do gniazdek wszystkie nasze telefony i "power bank", a sami przystąpiliśmy tym razem do testowania baru pokładowego, na dobry i spokojnny sen :D W prezencie od Air Berlin dostaliśmy jeszcze gustowną paczuszkę ze ...skarpetkami, zatyczkami do uszu, szczoteczką i pastą oraz opaską na oczy. Taaaak, szczególnie jeśli chodzi o ten ostatni prezent, to widzę dla niego pewien potencjał ;-D. Na dziś wpis czas zakończyć, bo przynieśli jakieś papu. W tej chwili jesteśmy 11952 m n.p.m., na zewnątrz jest -59 stopni C, do lądowania w Abu Zabi mamy 4h26min i wg mapy z wolna (913 km/h) zbliżamy się do granicy ukraińsko-mołdawskiej. Ciąg dalszy w kolejnym odcinku [postaram sie przepisać jeszcze dzisiaj - przyp.red. z teraz ;)]

Abu Dhabi International Airport, wrzesień 2013