wtorek, 1 października 2013
Dni dziewiąty, dziesiąty i jedenasty - Bangkok i Ayutthaya
Z rana dojechaliśmy do Bangkoku, dość wymęczeni i wymięci, bo autobus wprawdzie VIP, ale miejsca na nogi raczej dla ludzi o azjatyckich gabarytach. Wzięliśmy więc taksówkę, by pojechać do hotelu, tam dogadaliśmy się za 1/3 ceny doby, by dali nam klucze już o świcie, a nie w południe, gdy jest check-in time. Odespaliśmy zaległości i poszliśmy poszlajać się po mieście. Przetestowaliśmy bangkocki skytrain - przyjemny środek transportu i można popatrzeć z góry na ulice, choć przy naszej trójce z reguły taxi na licznik wychodzi taniej (za to potrafią stać w gigantycznych bangkockich korkach). Inna też sprawa, że skytrain i metro w wiele miejsc w ogóle nie docierają. Skytrainem dojechaliśmy do przystani, skąd zapakowaliśmy się na łódź (okrutnie hałasującą i produkującą czarne jak smoła, śmierdzące spaliny), która robi tu za zwykły, oblegany, publiczny środek komunikacji zbiorowej i przepłynęliśmy się wzdłuż rzeki Chao Phraya. Przejażdżka ta nie przypominała bynajmniej weekendowego rejsu turystycznym stateczkiem po Odrze. Chao Phraya to, przynajmniej teraz w porze deszczowej, szeroka, rozfalowana rzeka koloru błotnistego, ruch na niej jest bardzo duży, stanowi ona bowiem ważną bangkocką arterię komunikacyjną. Na łodzi mnóstwo ludzi i azjatycki gwar. Po zejściu na ląd pochodziliśmy jeszcze po targu kwiatów, bo laski chciały, po drodze też spróbowaliśmy na ulicy duriana, zwanego najbardziej śmierdzącym owocem świata. Choć obwąchiwaliśmy go z każdej strony i każdą część podczas rozbrajania go dla nas, to w sumie muszę powiedzieć, że smrodek jest co najwyżej delikatny, trochę więc chyba ten jego zapach przereklamowany (dla porównania wąchaliśmy też inne, również niezbyt śmierdzące egzemplarze). Ponieważ po tygodniu pomału mieliśmy overflow azjatyckich smaków i zapachów, a mi z Żabą z wolna zaczął marzyć się schabowy z mizerią (bez szans), trafiliśmy w końcu do, jakże by inaczej. mc donalda na cheesa, frytki i kawę. Potem jeszcze wieczorem poszliśmy na słynną Khao San, która o tej porze żyła już w pełni, rozświetlona dziesiątkami neonów, spróbowaliśmy słynnych pieczonych robali i skorpiona (spróbować można, da się zjeść, ale żeby sobie z tego dania robić, to nie wydaje mi się, zresztą na sztuki to sprzedają, a nie żeby się najeść). Na koniec dnia jeszcze wstąpiliśmy do ogródka jednej z knajpek na Khao San, skąd obserwowaliśmy ulewę, która zerwała się chwilę później, wypiliśmy po Changu (Primator pszeniczny marzy mi się już bardziej niż ten schabowy z mizerią nawet :D) i wróciliśmy do hotelu. Kolejnego dnia, tradycyjnym metrem tym razem, pojechaliśmy na dworzec kolejowy, skąd pociągiem klasy trzeciej (przypomina nieco nasze zabytkowe wagony 3 kl., które można zobaczyć w Wolsztynie - klimat niezły, co stacja chodzą straganiary i sprzedają żarcie uliczne, sznurkiem oddzielone miejsce "tylko dla mnichów") potoczyliśmy się do Ayutthaya - dawnej tajskiej stolicy. Wynajęliśmy tu coś w rodzaju tuk-tuka (ale z dwiema podłużnymi ławkami jak w songtaewie) i pojechaliśmy karnąć się po mieście. Widzieliśmy tu m.in. jakąś świątynie w khmerskim dla odmiany stylu, która dla nas laików przypominała do złudzenia (stylem, nie rozmiarem jak sądzę oczywiście) sławny kambodżański Angkor. Widzieliśmy też tamtejsze "słoniowisko": autokary, kasy, pstrokate parasolki, słonie chodzące po miejskim asfalcie w kółko albo po malutkim wybiegu - koszmar. Gdybyśmy to tu wybrali się na słonie, byłoby to wtedy zapewne raczej traumatyczne niż fascynujące przeżycie. Przed odjazdem powrotnego pociągu zjedliśmy jeszcze na małej, gwarnej stacyjce świetne uliczne sajgonki, a że były podane ze świeżymi pomidorami i ogórkiem, których w takiej zwykłej, surowej postaci też już wszystkim mocno brakowało, byliśmy zachwyceni. Po powrocie do Bangkoku, na peronie, na który przybyliśmy, stał również Orient Express relacji Bangkok-Kuala Lumpur-Singapur. Przyjrzeliśmy mu się dokładnie, bo klimat wnętrz niesamowity. Kupując chwilę później bilety na nocny pociąg następnego dnia na południe, zapytaliśmy przy okazji o cenę. 3333 baty - ale taniocha pomyślałem - można by się przejechać."Dolarów" - dodała kasjerka. Aaaaaha, to nie, za szybko się tym cudem nie przejedziemy jednak, nikt z nas nie ma 10 tysięcy PLZ na ekstra bilet kolejowy na zbyciu :D Pojechalśmy jeszcze do hotelu trochę się odświeżyć i wieczorem poszliśmy rzucić okiem na słynną na cały świat, niczym nieskrępowaną, bangkocką rozpustę. Wcześniej, mając na względzie liczne ostrzeżenia, zrobiłem mały research na sieci, by trafić do jakiegoś "renomowanego" jak na tą branżę lokalu, a nie do podpiwniczonej oficyny ze schodami w jedną stronę, no i nie chcieliśmy też oglądać słynnych w całym świecie bangkockich "lasek" z pindolami, jak to mawia mieszkający w kuala lumpur znajomy :D Wrażenie po wejściu do centrum tychże rozrywek jest niesamowite, półnagie laski dosłownie wylewają się z dziesiątek lokali, a seks niemalże oblepia człowieka jak duszne, gorące, wilgotne, bangkockie powietrze, tam jakby jeszcze bardziej gorące i wilgotne. Wyszukany w necie, "zaufany" lokal z dwudziestoletnim stażem udało się znaleźć, choć w tłumie naganiaczy i setkach cycków nie było to takie łatwe, by dojrzeć go w dziesiątkach innych podobnych lokali. Miejscówska w istocie na poziomie, rachunek aktualizowany bezpośrednio po każdym zamówieniu, wraz z wydrukowaną godziną, kwotą ostatniego zamówienia i kwotą łączną, reszta wydawana niezwłocznie i w całości, zero uciążliwego nagabywania o drinki. Zawsze do takiego właśnie lokalu chciałem trafić, gdy widziało się czasem takie na amerykańskich filmach. Laski tańczą na rurkach, goście bez stresu popijają drinki, żadna nie wisi nad tobą i nie domaga się drinków po 50 zł (a te dla siebie kupuje się po złotych piętnaście, i nie rozwadniane, i to jest cena w "porządnym" lokalu, bo przed tymi bardziej speluniastymi widać tablice o drinkach po 90 batów, tj 9 z). Co godzinę kilkunastominutowe specjalne, erotyczne show, fajnie wymyślone i zmysłowo zagrane. Dla chętnych są też oczywiście specjalne atrakcje prywatne, w tym słynny w świecie ping-pong show. Podsumowując - naprawdę świetny lokal, bez porównania do tego, co serwowały w swoim czasie nasze wrocławskie, mierne kluby go-go (może ostatnimi czasy coś się poprawiło, dawno nie byłem). Następnego dnia - we wtorek pojechaliśmy jeszcze zobaczyć Wielki Pałac w Bangkoku, popołudniu odwieźliśmy na lotnisko moją Żonę, skąd leci już do Berlina przez Abu Dhabi, a my z Anią zaliczyliśmy jeszcze jakieś uliczne papu i wyruszyliśmy nocnym pociągiem na południe. Jutro będziemy na wysepce Koh Lanta, o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem oczywiście. Pociąg mocno wysłużony (sliperów już nie było, więc jedziemy bezprzedzałowym wagonem z ekipą siedemdziesięciu Tajów), z wysłużoną nastawioną na maksa klimą. Kocyki dostaliśmy, żeby się przykryć, ale o ile ja się nie boję, to kobiety raczej powinny zabezpieczyć się najpierw przed ciążą przed ich użyciem :D Fotki moi Drodzy dopiero po powrocie, bo i tak nocki zarywam, żeby spisywać wrażenia, więc gdybym miał się jeszcze wrzucaniem fotek zajmować, to by mi czasu na podróżowanie nie starczyło, zresztą net i tak z reguły wszędzie marny, więc z uploadem i tak byłby problem. c.d. w następnym odcinku.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
Już nie mogę doczekać się kolejnego wpisu.
Wpisu być może z rajskich miejsc: jak np. Koh Samui (plaze Maenam i Bophut), z polwyspiu Phuket, z Ko Phi Phi, a być może z jakiś hardcore-ów jak Pattaia :)
Ja dodam od siebie, że na zmysłowym szoł jak sobie dwie tajskie "laski" myły po prostu nogi, to umarłam ze śmiechu ;) Poza tym przy rurkach dziewczyny sie poruszały się strasznie leniwie - za leniwie jak na mocną na przykład Metalice. Daleko im było z energią do Demi Moore ;) To taki babski punkt widzenia, czyli małe jednak wyśmianie klubów GoGo ;)
Prześlij komentarz