sobota, 28 września 2013

Dni piąty i szósty - Chiang Rai - Chiang Mai

Z rana dnia piątego mieliśmy ustawiony samochód z kierowcą z którym pojechaliśmy do Złotego Trójkąta. Ten wypad niestety uznać należy za kompletne nieporozumienie. Gość wywiózł nas najpierw na jakiś klasyczny pocztówkowy punkt widokowy z widokiem na Złoty Trójkąt w ścisłym tego określenia znaczeniu. Widok na rzekę Mekong, po prawej Laos, po lewej Birma, i tylko do szczęścia dwóch autokarów z niemieckimi i holenderskimi emerytami mi brakowało ;-D (ale stragany były). Wokół masa tandety, grubo za wysoko wycenione rejsy po Mekongu z możliwością zakupów po laotańskiej stronie (pewnie w równie "fascynującym" miejscu) i tandetne posągi Buddy. Stuprocentowa padaka. Próbowaliśmy facetowi tłumaczyć, że nie chcemy tandety, straganów z chińszczyzną i podjebanych atrakcji, ale nasz kierowca - jak to Tajowie mają w zwyczaju potakiwał tylko "YES, YES" niezależnie od tego czy rozumiał cokolwiek czy ani słowa. Słuchając towarzyskich zagadaywań Ani na różne tematy z rozumną miną potakiwał "YES, YES", na pytanie np. "gdzie są tu twoje ulubione miejsca" odpowiedź była równie wymowna - "YES, YES". "-A może pojedziemy tu w prawo w tą boczną drogę zobaczyć np.jakąś wioskę bez straganów ? -"YES, YES.", uśmiech na twarzy i dalej, nie zwalniając nawet, jedzie prosto główną szosą. Koszmar. Ania próbowała jeszcze walczyć, ale jej próby skazane były na niepowodzenie, ja poddałem się już dawno. Zahaczyliśmy więc jeszcze o jakieś równie "z dupy wzięte" gorące źródła, z ZOO za 60 zł/os z kobietami o długich szyjach zrezygnowaliśmy i szczęśliwie chociaż wyjątkowo cieszącą oko świątynię zobaczyliśmy, inną zupełnie niż te które widzieliśmy do tej pory. Tak czy siak 2/3 dnia stracone, koło 16. byliśmy już w Chiang Mai. Po drodze jeszcze nasz "przewodnik" zawiózł nas na obiad do równie autentycznej jak i cała wycieczka knajpy o wdzięcznej nazwie "Kapusty i Kondomy". Na ścianie napis: "nasze jedzenie nie powoduje ciąży". Śmieszne, niemalże jak żarcik Karola w Familiadzie. Ciąży nie powoduje, nieba w gębie również, niemniej jednak należy uczciwie przyznać, że jedzenie było zupełnie przyzwoite. Po przyjeździe poszlajaliśmy się trochę po Starym Mieście w Chiang Mai, najedliśmy się jedzennia z ulicznych stoisk, w końcu trafiliśmy na jakąś bibkę z tajskim regge na żywo, po czym trafiliśmy na jeszcze jeden stylowy bar, by w końcu niedługo potem pójść spać. Rano sami jeszcze do końca nie wiedzieliśmy, co tu robić z życiem w Chiang Mai. Myśleliśmy o wypożyczeniu auta i objechaniu okolicy, ale wszędzie chcieli oryginał paszportu i kartę kredytową, a tych nie chcieliśmy im dawać. Myśleliśmy też o wypożyczeniu skutera, ale Ania bała się sama prowadzić, a w trójkę na jednym nie pojechalibyśmy, braliśmy też po uwagę wypożyczenie samochodu z kierowcą, ale pomni doświadczeń poprzedniego dnia i tą opcję sobie darowaliśmy. Ostatecznie postanowliśmy zrobić sobie lazy day w Chiang Mai. Na początek poszliśmy więc coś zjeść do naprawdę bardzo lokalnej knajpy z żarciem za 3 zł, ale w związku z tym, że w jedzeniu były m.in. podroby, tylko ja zdołałem je w całości zjeść. Przy okazji, kolejny już raz, zauważyłem ciekawe zjawisko przeliczania przez sprzedawców w teatralny niemalże sposób reszty do wydania tak, by klient mógł z nim sprawdzić jej prawidłowość. Jak dotąd nigdy nas nie oszukano. Ciekawe to w zestawieniu ze sprzedawcami soków w marokańskim Marrakechu, gdzie nie ma cienia szansy na to, by sprzedawca sam wydał resztę prawidłowo, dopóki go do tego nie zdyscyplinujesz albo zna już twoją gębę na tyle, że wie, że i tak się o nią upomnisz. Po śniadaniu wzięliśmy lokalnego "songtaew"-a (jak nazywa to nasz przewodnik Pascala), czyli coś w rodzaju pół-taxi, pół-busa zrobionego z Toyoty Hilux lub jej podobnej poprzez zabudowanie paki i wsadzenie do niej dwóch podłużnych ławek. Pojechaliśmy więc sobie najpierw nad rzekę popatrzeć na łodzie długorufowe (long-tail boats), zajrzeliśmy też do pobliskiej świątyni. Siedzieliśmy sobie nad rzeką, a ja przepisywałem dziennik i popijałem Changa. Potem kolejnym songtaewem postanowiliśmy pojechać do Tiger Kingdom. Choć nikt z nas nie lubi przepłaconej, turystycznej tandety, to jednak każdy z nas miał dużą ochotę pogłaskać tygryska. Udało się, choć ceny z lekka kosmiczne. 60 zł za spotkanie z maleńkimi, i aż do 190 zł za maleńkie, małe, średnie i duże. Cena chyba nawet "lepsza" niż w jordańskiej Petrze, wszak tam przynajmniej zwiedza się dobre pół dnia. Mimo tego chyba jednak było warto, bo nie wiadomo, czy ktokolwiek z nas kiedykolwiek jeszcze w życiu będzie miał okazję pogłaskać tygryska. Przy wejściu napis "To nie jest ZOO, lecz połączenie Królestwa Tygrysów z restauracją". Hmmm, no dobrze, powiedzmy że coś w tym jest. Po powrocie poszliśmy jeszcze coś zjeść w ulicznych straganach (są np. kurczęce głowy, ale nie odważyłem się, na początek spróbowałem kurczęcych żeberek za 50 gr... :D). Potem dziewczyny poszły na masaż i targ nocny, a ja na piwo do knajpy obok (masaż zostawię sobie na Bangkok ;D). "Zajebiście, zajebiście oraz ...zajebiście" - oto odpowiedź Ani na pytanie o trzy słowa, o które poprosiłem, by opisała wrażenia z masażu, wszak ja jako nieobecny nic o tym napisać nie mogłem. Po tej reklamie myślę sobie, że w Bangkoku to dopiero muszą być zajebiste masażystki :D. Po wyjściu złapaliśmy tuk-tuka i wróciliśmy do hotelu. Lazy day wyszedł nam bardzo odprężająco i chyba w sumie wszyscy są zadowoleni, że się na niego zdecydowaliśmy, bo jutro rano ustawieni już jesteśmy na dwudniową (z nocką) wyprawę do dżungli. [Notka z wyprawy do dżungli gotowa, ale na przepisanie musi poczekać - zostało mi 4 min na baterii w autobusie do Bangkoku, a gniazdek brak, nie to co w polskimbusie - przyp.red.]

okolice Chiang Mai, Tajlandia, wrzesień 2013

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Z opisu widać, że trafiliście wreszcie i poczuliście azjatyckie klimaty. Fajnie, że Wam się podoba, no i zazdroszczę :)

Anonimowy pisze...

No a takich tourist trapów, od jakiego zaczęliście, jest niestety wszędzie pełno. Jak już się przez pomyłkę wdepnie, to najlepiej szybko uciekać.

Co do wydawania reszty, nigdy nikt w żadnym miejscu Azji mnie nie próbował orżnąć w ten sposób. Co nie znaczy, że nie próbował w inny :D, ale generalnie w SEA ludzie są dosyć uczciwi. To zresztą jeden z bardziej bezpiecznych rejonów na świecie - bez porównania bezpieczniejszy niż Europa.

Wyjadacz Wisienek pisze...

Ania ma nowego kotka! :)