Z rana dnia piątego
mieliśmy ustawiony samochód z kierowcą z którym pojechaliśmy do Złotego Trójkąta. Ten wypad niestety uznać należy za kompletne nieporozumienie. Gość
wywiózł nas najpierw na jakiś klasyczny pocztówkowy punkt widokowy z widokiem
na Złoty Trójkąt w ścisłym tego określenia znaczeniu. Widok na rzekę Mekong, po
prawej Laos, po lewej Birma, i tylko do szczęścia dwóch autokarów z
niemieckimi i holenderskimi emerytami mi brakowało ;-D (ale stragany były).
Wokół masa tandety, grubo za wysoko wycenione rejsy po Mekongu z możliwością
zakupów po laotańskiej stronie (pewnie w równie "fascynującym"
miejscu) i tandetne posągi Buddy. Stuprocentowa padaka. Próbowaliśmy facetowi
tłumaczyć, że nie chcemy tandety, straganów z chińszczyzną i podjebanych
atrakcji, ale nasz kierowca - jak to Tajowie mają w zwyczaju potakiwał tylko
"YES, YES" niezależnie od tego czy rozumiał cokolwiek czy ani słowa.
Słuchając towarzyskich zagadaywań Ani na różne tematy z rozumną miną potakiwał
"YES, YES", na pytanie np. "gdzie są tu twoje ulubione miejsca"
odpowiedź była równie wymowna - "YES, YES". "-A może pojedziemy
tu w prawo w tą boczną drogę zobaczyć np.jakąś wioskę bez straganów ?
-"YES, YES.", uśmiech na twarzy i dalej, nie zwalniając nawet, jedzie
prosto główną szosą. Koszmar. Ania próbowała jeszcze walczyć, ale jej próby
skazane były na niepowodzenie, ja poddałem się już dawno. Zahaczyliśmy więc
jeszcze o jakieś równie "z dupy wzięte" gorące źródła, z ZOO za 60
zł/os z kobietami o długich szyjach zrezygnowaliśmy i szczęśliwie chociaż wyjątkowo
cieszącą oko świątynię zobaczyliśmy, inną zupełnie niż te które widzieliśmy do
tej pory. Tak czy siak 2/3 dnia stracone, koło 16. byliśmy już w Chiang Mai. Po
drodze jeszcze nasz "przewodnik" zawiózł nas na obiad do równie
autentycznej jak i cała wycieczka knajpy o wdzięcznej nazwie "Kapusty i
Kondomy". Na ścianie napis: "nasze jedzenie nie powoduje ciąży".
Śmieszne, niemalże jak żarcik Karola w Familiadzie. Ciąży nie powoduje, nieba w
gębie również, niemniej jednak należy uczciwie przyznać, że jedzenie było zupełnie
przyzwoite. Po przyjeździe poszlajaliśmy się trochę po Starym Mieście w Chiang
Mai, najedliśmy się jedzennia z ulicznych stoisk, w końcu trafiliśmy na jakąś
bibkę z tajskim regge na żywo, po czym trafiliśmy na jeszcze jeden stylowy bar,
by w końcu niedługo potem pójść spać. Rano sami jeszcze do końca nie
wiedzieliśmy, co tu robić z życiem w Chiang Mai. Myśleliśmy o wypożyczeniu auta
i objechaniu okolicy, ale wszędzie chcieli oryginał paszportu i kartę
kredytową, a tych nie chcieliśmy im dawać. Myśleliśmy też o wypożyczeniu
skutera, ale Ania bała się sama prowadzić, a w trójkę na jednym nie
pojechalibyśmy, braliśmy też po uwagę wypożyczenie samochodu z kierowcą, ale
pomni doświadczeń poprzedniego dnia i tą opcję sobie darowaliśmy. Ostatecznie postanowliśmy zrobić sobie lazy day w Chiang Mai. Na początek poszliśmy więc
coś zjeść do naprawdę bardzo lokalnej knajpy z żarciem za 3 zł, ale w związku z
tym, że w jedzeniu były m.in. podroby, tylko ja zdołałem je w całości zjeść.
Przy okazji, kolejny już raz, zauważyłem ciekawe zjawisko przeliczania przez
sprzedawców w teatralny niemalże sposób reszty do wydania tak, by klient mógł z
nim sprawdzić jej prawidłowość. Jak dotąd nigdy nas nie oszukano. Ciekawe to w
zestawieniu ze sprzedawcami soków w marokańskim Marrakechu, gdzie nie ma cienia
szansy na to, by sprzedawca sam wydał resztę prawidłowo, dopóki go do tego nie
zdyscyplinujesz albo zna już twoją gębę na tyle, że wie, że i tak się o nią
upomnisz. Po śniadaniu wzięliśmy lokalnego "songtaew"-a (jak nazywa
to nasz przewodnik Pascala), czyli coś w rodzaju pół-taxi, pół-busa zrobionego
z Toyoty Hilux lub jej podobnej poprzez zabudowanie paki i wsadzenie do niej
dwóch podłużnych ławek. Pojechaliśmy więc sobie najpierw nad rzekę popatrzeć na
łodzie długorufowe (long-tail boats), zajrzeliśmy też do pobliskiej świątyni.
Siedzieliśmy sobie nad rzeką, a ja przepisywałem dziennik i popijałem Changa.
Potem kolejnym songtaewem postanowiliśmy pojechać do Tiger Kingdom. Choć nikt z
nas nie lubi przepłaconej, turystycznej tandety, to jednak każdy z nas miał
dużą ochotę pogłaskać tygryska. Udało się, choć ceny z lekka kosmiczne. 60 zł
za spotkanie z maleńkimi, i aż do 190 zł za maleńkie, małe, średnie i duże.
Cena chyba nawet "lepsza" niż w jordańskiej Petrze, wszak tam przynajmniej
zwiedza się dobre pół dnia. Mimo tego chyba jednak było warto, bo nie wiadomo,
czy ktokolwiek z nas kiedykolwiek jeszcze w życiu będzie miał okazję pogłaskać
tygryska. Przy wejściu napis "To nie jest ZOO, lecz połączenie Królestwa
Tygrysów z restauracją". Hmmm, no dobrze, powiedzmy że coś w tym jest. Po
powrocie poszliśmy jeszcze coś zjeść w ulicznych straganach (są np. kurczęce
głowy, ale nie odważyłem się, na początek spróbowałem kurczęcych żeberek za 50
gr... :D). Potem dziewczyny poszły na masaż i targ nocny, a ja na piwo do knajpy obok (masaż zostawię sobie na Bangkok ;D). "Zajebiście, zajebiście oraz ...zajebiście" - oto odpowiedź Ani na pytanie o trzy słowa, o które
poprosiłem, by opisała wrażenia z masażu, wszak ja jako nieobecny nic o tym
napisać nie mogłem. Po tej reklamie myślę sobie, że w Bangkoku to dopiero muszą
być zajebiste masażystki :D. Po wyjściu złapaliśmy tuk-tuka i wróciliśmy do
hotelu. Lazy day wyszedł nam bardzo odprężająco i chyba w sumie wszyscy są
zadowoleni, że się na niego zdecydowaliśmy, bo jutro rano ustawieni już
jesteśmy na dwudniową (z nocką) wyprawę do dżungli. [Notka z wyprawy do dżungli gotowa, ale na przepisanie musi poczekać - zostało mi 4 min na baterii w autobusie do Bangkoku, a gniazdek brak, nie to co w polskimbusie - przyp.red.]

3 komentarze:
Z opisu widać, że trafiliście wreszcie i poczuliście azjatyckie klimaty. Fajnie, że Wam się podoba, no i zazdroszczę :)
No a takich tourist trapów, od jakiego zaczęliście, jest niestety wszędzie pełno. Jak już się przez pomyłkę wdepnie, to najlepiej szybko uciekać.
Co do wydawania reszty, nigdy nikt w żadnym miejscu Azji mnie nie próbował orżnąć w ten sposób. Co nie znaczy, że nie próbował w inny :D, ale generalnie w SEA ludzie są dosyć uczciwi. To zresztą jeden z bardziej bezpiecznych rejonów na świecie - bez porównania bezpieczniejszy niż Europa.
Ania ma nowego kotka! :)
Prześlij komentarz