północna Tajlandia, wrzesień 2013
niedziela, 29 września 2013
Dni siódmy i ósmy - trekking w dżungli
Dziś miałem koszmarną noc, zaduch był potworny, a moja żona wyłączyła wentylator, bo za głośny. Koło trzeciej musiałem w końcu wyjść pooddychać na balkon. Koło 9:30 czekał na nas przewodnik z kierowcą, którzy na zabudowanej pace Toyoty zawieźli nas na prowincję jakieś 1,5h od Chiang Mai. Najpierw pojechaliśmy na jakiś lokalny targ zrobić trochę zakupów na te dni. Automatyczne odganiacze much skonstruowane z wentylatorów i worków foliowych albo skrawków materiału roznosiły po całej okolicy zapach leżącego w upale surowego mięcha i podrobów, więc powiem szczerze, że momentami aż mnie lekko cofało od niego. Fajna, lokalna, nieturystyczna miejscówka. Potem pojechaliśmy jeszcze kawałek zobaczyć jakiś wodospad, nad którym zjedliśmy szybki lunch zawinięty w liście bambusa, po czym podjechaliśmy jeszcze kawałek coraz to bardziej bocznymi i dziurawymi drogami, by w końcu wziąć nasze plecaki i z buta wyruszyć dalej na wyprawę przez dżunglę. Pierwszego dnia maszerowaliśmy przez blisko trzy godziny, warunki momentami były ciężkie z powodu zrywających się intensywnych ulew, które zamieniały ścieżki w błotną ślizgawicę, co szczególnie przy odcinkach prowadzących w dół powodowało znaczne problemy, szczególnie że ubranie (długie spodnie, płaszcze przeciwdeszczowe) i plecaki krępowało ruchy, deszcz ograniczał widoczność, a zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki. Okolica momentami, jak stwierdziła wychowana w okolicach Gór Wałbrzyskich Ania, do złudzenia przypominała Książański Park Krajobrazowy (wiem, jak wyglądają nasze szlaki przez Sudety, więc w pełni się z nią zgadzałem), innymi odcinkami jednak odpowiadała też w pełni moim wyobrażeniom o dżungli, dziczy i głuszy. Kulminacyjnym punktem dzisiejszego marszu był wodospad ukryty w gęstwinie, gdzie musieliśmy przedostać się przez strumień, potem ścieżka wiodła już praktycznie cały czas pod górę, więc wszyscy i tak już nieźle zmęczeni, dostaliśmy naprawdę solidnie w kość (była nas szóstka - nasza trójka, dwie Dunki oraz nasz przewodnik). Wreszcie po długim i męczącym marszu po wejściu na jakieś wzgórze naszym oczom ukazała się położona w dole wioska, w której po krótkim zejściu byliśmy. Kapitalne miejsce, taką azjatycką miejscówkę, wyobrażaną sobie gdzieś na podstawie zdjęć ze świata, chciałem właśnie zobaczyć, prawdziwe country-side. Maleńka wioska otoczona zewsząd wzgórzami pokrytymi bujną zieloną gęstwiną, zbite z desek domki na palach, których nikt nie zamyka (bo i po co, zresztą nie mają nawet zamków), brak sklepów, jakichkolwiek napisów w naszym alfabecie, ludzie żyją z tego, co wyhodują na polach i pastwiskach, bez utwardzonej drogi, a ta nieutwardzona spływa codziennie błotem po obfitej ulewie. Turystów w całej wiosce piątka - my i dwie studiujące Dunki, które szły z nami i które po dwóch miesiącach praktyk pielęgniarskich w Bangkoku, przez miesiąc jeżdżą teraz po Tajlandii. My także zostaliśmy zadekowani w domku na palach na bambusowych matach, bez prądu, wody i neta. Pod wieczór nasz przewodnik wraz z jednym tubylcem zmontowali kolację z grzybów, które uzbierał po drodze (blaszkowe, więc świetną skądinąd zupę cytrynowo-grzybową jadłem z pewną taką nieśmiałością i w niewielkich ilościach), oraz z tego, co zakupił dla nas na targu, na którym byliśmy na początku wyprawy. Potem, gdy było już ciemno, przyplątał się jeszcze jakiś wioskowy trick-man, który wyraźnie szukał towarzystwa i przez dłuższy czas pokazywał nam wyuczone przez siebie sztuczki, za które ostatecznie dostał od nas jedno piwko, wypiliśmy też zakupioną na targu miejscową "whisky" z colą i poszliśmy spać, wszak po zmroku niewiele było tu do robienia (ja, póki jeszcze starczyło prądu w baterii, przepisywałem dziennik). Perfekcyjne miejsce jak dla mnie, sam środek niczego, absolutne zero jakiejkolwiek komerchy, 100% autentyzmu, sam koniec świata. Coś takiego właśnie chciałem zobaczyć, teraz mogę więc już nawet i na plażach gdzieś poleżeć :) W nocy padało bardzo intensywnie, rozbijające się o dach naszej chatki strugi wody robiły duży hałas, zresztą nawet gdy przestało, odgłosy natury zewsząd też nie dawały spać. Obudziłem się koło 2:30 i walczyłem do 5. nim znów na trochę udało mi się zdrzemnąć, szczególnie że stare gnaty bolały od leżenia na twardym podłożu. Ania ponoć nie zasnęła porządnie całą noc. Rano zjedliśmy jeszcze śniadanie i potem z nowym zapasem energii poszliśmy dalej w busz, początkowo w kolejnej bardzo intensywnej ulewie. Dziś trasa w większości wiodła przez bardzo "dżunglowate" rejony i wspomnianego książańskiego nie przypominała w ogóle. Mijaliśmy też intensywnie zielone pola ryżowe, pod koniec natomiast doszliśmy pod naprawdę zjawiskowy po intensywnych tego dnia ulewach wodospad, z którego spadająca w dół rozpryskująca się woda tworzyła przyjemną, ochładzającą mgiełkę w okolicy. Niedługo później wyszliśmy do jakiejś wioski, znacznie nowocześniejszej niż ta w której spaliśmy, do której wkrótce przyjechał po nas kierowca od naszego przewodnika. Dzisiejsza traska nie prowadziła prawie w ogóle pod górę, więc wszyscy mieliśmy jeszcze spore zapasy mocy. Podsumowując - kapitalna jak dla mnie wyprawa, podczas w sumie pięciu godzin marszu przez dzicz spotkaliśmy jednego tylko człowieka, wypasającego gdzieś na wzgórzu swoje zwierzęta, poza tym tylko dzika natura. Wracając podjechaliśmy jeszcze do wioski długoszyjnych, których nie mieliśmy wprawdzie w swoim programie, ale miały je towarzyszące nam Dunki, więc i my w gratisie dostaliśmy możliwość ich zobaczenia. Kobiety ponoć pochodzą z Birmy, wioska z jeden strony w istocie wzbudza lekkie zażenowanie i przypomina ludzkie ZOO w którym do zdjęć pozują ludzkie okazy, z drugiej jednak strony można podejrzewać, że chyba żyje im się tu teraz dostatniej niż wcześniej na birmańskiej wsi. Dostatniej, tylko czy szczęśliwiej? Po zjedzeniu lunchu pojechaliśmy jeszcze do obozowiska słoni. Choć to oczywiście atrakcja typowo turystyczna, to mimo tego jednak w sumie dość autentyczna, i mało skomercjalizowana w porównaniu choćby z tygryskami pod Chiang Mai, no i naprawdę fantastyczna dla kogoś, kto dotąd nie miał w życiorysie przejażdżki na słoniu. Obóz był naprawdę fajny, malutki, położony na uboczu, kilka słoni żyjących tam sobie (bez klatek), poza nami żadnych turystów, żadnych ogrodzeń, kas, czy napisów z informacjami. Na słoniach zabrano nas na przejażdżkę po okolicznych wzgórzach, stary woźnica siedzący słoniowi na głowie przyśpiewywał pod nosem jakieś azjatyckie pieśni ludowe, świetny klimat. Niesamowite, że na takim dużym, ciężkim i wydawać by się mogło niezgrabnym zwierzęciu, można wchodzić pod górę takimi wąskimi, krętymi ścieżkami, którymi nie dało by się przecisnąć nawet motocyklem crossowym, o terenówce nawet nie wspominając. Było też trochę śmiechu, gdy idące sobie wolno małe słoniątko poszło gdzieś w długą i nie chciało wracać, nasz wkurzony woźnica zeskoczył więc z głowy naszego żyjącego własnym życiem pojazdu i pobiegł gonić małego po wiosce, a my czuliśmy się nieco nieswojo sami na tym dużym zwierzu pozbawionym kierowcy. To wszystko w otoczeniu naprawdę sielskiej scenerii, w otoczeniu spokoju i ciszy. Zajebiście jednym słowem! Po drodze mieliśmy jeszcze mieć spływ tratwą po lokalnej rzece, ale w związku z bardzo intensywnymi ulewami w ostatnich dniach wody było tyle, że nie dało się tego bezpiecznie zorganizować. Godzinę później byliśmy więc w naszym hotelu, ponownie podłączyliśmy się do prądu i neta ze wszystkimi swoimi wynalazkami cywilizacji, przebraliśmy się i wykąpaliśmy, bo po dwóch dniach spędzonych w dżungli urżnięci byliśmy w pocie i błocie dosłownie od stóp do głów, po czym poszliśmy jeszcze coś zjeść i ponownie wróciliśmy do hotelu skąd po chwili mieliśmy udać się na nocny autobus do Bangkoku. Tutaj jeszcze trafiliśmy przy okazji na pogrzeb w położonej tuż obok świątyni, a jeden z gości zablokował wyjazd kierowcy, który miał nas odwieźć na autobus. Było więc trochę nerwowego biegania, przesiadka w inny samochód, potem jeszcze w inny, w każdym razie na autobus z zapasem jeszcze udało nam się zdążyć. Dwupiętrowym, nowoczesnym autobusem ruszyliśmy w ośmiogodzinną nocną podróż powrotną do Bangkoku. Ogólnie jest dobrze, ostatnie dwa dni były mega, właśnie taką Tajlandię chciałem zobaczyć i poczuć, gdy ogólne plany jesiennego wypadu zaczęły nabierać realnych kształtów.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

3 komentarze:
Wow!!! nawet ja zaczynam zazdrościć i żałować, że Dygucika tam nie ma z Wami, on mi tego nie zapomni....
Aż miło czytać taki wpis. Dla takich dni tak naprawdę się podróżuje. Nieskrywana zazdrość lekko dupa skręca. Chętnie więcej fotek widziałbym na tym fotoblogu.
Tak jak pisze Tom, dla takich chwil się podróżuje. Kapitalna sprawa.
Prześlij komentarz