Koh Lanta, październik 2013
piątek, 4 października 2013
Dni dwunasty, trzynasty i czternasty - Koh Lanta
Podróż pociągiem do lekkich nie należała. Uruchomiona na maksa klimatyzacja dmuchająca bezpośrednio nad nami robiła taką lodówę, że nad ranem jechałem w kurtce i polarze. Po ok. 9 godzinach telepania się tym wynalazkiem (choć prędkość akurat miał względnie niezłą chyba, mimo że kolej tajska to na moje oko wąskotorówka 1000 mm) przesiedliśmy się w autobus, potem w mikrobus, potem podrzucono nas gdzieś samochodem, potem jeszcze jeden mikrobus, prom, drugi prom, no i byliśmy na Koh Lanta. Uffff... Zajęło nam to jakieś 18 godzin od dworca kolejowego w Bangkoku do hotelu tutaj, fakt że odległość koło 850 km, więc to kawał drogi. Na szczęście wracamy z Krabi samolotem. Wysepkę polecał nam mój kumpel, który był tu niedawno, polecał nam też spotkany w mikrobusie Australijczyk, który od dwunastu lat siedzi w Tajlandii pracując dla jakiejś firmy, która stawia hotele w Azji. Wysepka jest rzeczywiście urocza, turystyka jej zbytnio nie naruszyła, a jednocześnie istniejąca infrastruktura zaspokaja w zupełności turystyczne potrzeby. Śpimy w klimatycznych drewnianych domkach na palach, krytych liśćmi bambusa, 50m od plaży, świetny klimat i śmieszne ceny (25 zł/domek), obsługę stanowi uczynny i pomocny Brytolek. Kolejnego dnia rano wypożyczyliśmy motocykl od naszego Brytola (wszystko na gębę, żadnych papierów, depozytów, umów, czy kart kredytowych, 25 zł/dzień, a po drodze widziałem i małe skutery po 15 zł/dzień, motocykl 125 cm3, więc u nas powinno mieć się na to prawko A, tutaj nikt nie chciał żadnego) i wyruszyliśmy na objazd wyspy. To moja pierwsza poważniejsza podróż jednośladem w którym trzeba zmieniać biegi, więc miałem sporo frajdy z jazdy tym, bo to dla mnie nowość, w dodatku jeszcze jeździ się tu lewą stroną (to akurat, choć samochodem, kilkakrotnie już w życiu ćwiczyłem, nawet w centrum Londynu). Wysepka jest mała, więc objechaliśmy ją praktycznie całą, bez pośpiechu i bez planu. Zaliczyliśmy m.in. krótką pieszą wyprawę do jakiejś jaskini i nad wodospad, pogadaliśmy ze Szwedem, który żyje na zmianę pół roku tu, pół w Szwecji, wypiliśmy kawkę z widokiem na ocean, zerknęliśmy na dwie plaże, wieczorem kupiliśmy jakiś tajski alko do drinków, którego wypiliśmy trochę wieczorem, choć bimbrem jechał na odległość niemiłosiernie jak się okazało po otwarciu. Mieliśmy być tu dwie nocki, ale jako że złapaliśmy bardzo chill-out'owy klimat, to przedłużyliśmy nasz pobyt o jeszcze jedną. Następnego dnia rano wybraliśmy się jeszcze naszym motorem (po uprzednim przeprawieniu się promem) na drugą Koh Lantę (jedna jest "duża", druga "mała" z nazwy, choć nie pamiętam, która jest która, zresztą obie są malutkie). Ta druga Lanta jeszcze mniej turystyczna, ludzi garstka, infrastruktury turystycznej prawie wcale, bujna zieleń, kilka ledwie osad, chowając się przed ulewą trafiliśmy do jakiejś muzułmańskiej wioski na końcu świata, w której zjedliśmy smażonego banana. Ludzie generalnie bardzo uśmiechnięci i życzliwi, tak tutaj jak i w całej Tajlandii. Po powrocie zabukowaliśmy sobie jeszcze transfer do Krabi na jutro, zajechaliśmy na jakiś lokalny targ i wróciliśmy do naszych domków. Ania poszła przejść się wzdłuż plaży, a ja siedzę i piszę dziennik, popijając kawą (darmową w naszym "hotelu"). Udało mi się nawet zerknąć do moich biuletynów o podatkach z dwóch tygodni, więc po powrocie mam dwie godziny roboty mniej, a tutaj aż tak nie bolało czytanie tego w tych pięknych okolicznościach czasu i przyrody :) Generalnie jest super, fajny chill-outowy klimat, plaże puste i szerokie, widoki momentami piękne, choć momentami jest też i trochę azjatyckiego syfu, przy zejściach do plaż np. W sumie na taką absolutnie idealną i idealnie pocztówkową plażę z palmami nie trafiliśmy, ale też i nie szukaliśmy zbytnio, bo tak ja, jak i Ania jesteśmy umiarkowanymi bardzo miłośnikami smażenia się na słońcu. Pomalutku mentalnie przestawiamy się w tryb podsumowywania i snucia wizji przyszłych podróży, pomału też w robocie zbiera się kilka tematów, których bez mojej obecności Ania (nie ta, z którą tu jestem, ale ta, która pracuje u mnie) sama nie wypchnie. No i mam już wielką ochotę przytulić mojego małego Żabunia. Jutro w południe wyruszamy do Krabi, skąd kolejnego dnia lecimy z powrotem na stare bangkockie Don Muang Airport.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
Ja też nie używam plaży do wylegiwania się w słońcu, ale do dostarczania przyjemnego, chilloutującego widoczku, podczas gdy ja siedzę/leżę najchętniej gdzieś w cieniu. Podobnie do pływania lepiej nadaje się basen, a morze raczej do oglądania go (lub pływania rozmaitymi sprzętami) ;-)
Nam Lanta spodobała się na tyle, że właśnie w takim miejscu chętnie spędzalibyśmy takie pól roku co roku, tak jak spotkany przez Ciebie Szwed. Jak tylko zorganizujesz sobie firmę/pracowników tak, że będziesz mógł robić przez pół roku zdalnie, to możemy się zrzucić na wynajęcie tam jakiejś willi ;-).
Cieszę się, że udał Wam się chillout na Lancie na tyle, że wręcz przedłużyliście pobyt. Szkoda, że nie wybraliście się na jakiś trip łodzią po okolicznych wyspach, z pływaniem w otwartym morzu, snorkelingiem na rafkach koralowych, itd. Takie rzeczy też zawsze są fajne :).
Prześlij komentarz