czwartek, 26 września 2013

Dzień trzeci i czwarty - Abu Dhabi - Bangkok

Po sześciogodzinnym locie podczas lądowania w Abu Dhabi temperatura wynosiła 32 st. C, a była 5:50 rano! Naprawdę gorąco tu mają. Po ponownym przejściu bramek bezpieczeństwa i odczekaniu dwóch godzin znowu byliśmy na pokładzie, tym razem Boeinga 777, dla odmiany dość już wysłużonego. Większość bajerów na ekranach nie działała, w tym info o locie, byliśmy więc jak pijane dzieci we mgle, nie całkiem w przenośni zresztą, bo skoro na monitorach nic ciekawego nie znaleźliśmy, od razu przeszliśmy do testów baru pokładowego :D W fotele wbudowano też kiedyś telefony o wyglądzie komórki z lat 90. (za 6 dolców za minutę można sobie było ponoć podzwonić na Ziemię - nie testowaliśmy). Po osiemnastej miejscowego czasu wylądowaliśmy na BKK. Lotnisko wydaje się ogromne, podobnie jak kolejki do odprawy paszportowej. Gdy w końcu udało się przez nią przebić i odebrać bagaże (szczęśliwie wszystkie trzy doleciały z WAW z dwiema przesiadkami) kupiliśmy sobie jeszcze po tajskim pre-paidzie (30 zł za tydzień neta bez limitu i 10 zł na rozmowy w tej już cenie) i po długim marszu na drugi koniec terminala spotkaliśmy się z umówionym kierowcą z hotelu. Wsiadając do samochodu najpierw wsiadłem oczywiście omyłkowo za kierownicę, nie dlatego żebym chciał prowadzić po whisky z Etihadu, ale dlatego, że kierownica nie po tej stronie, do której jestem przyzwyczajony :D Jadąc do centrum przez okna zerkaliśmy na ogromną i na pierwszy rzut oka bardzo nowoczesną metropolię - wieżowce do nieba, autostrady i estakady w kilku poziomach. W sklepiku pod naszym hotelem kupiliśmy sobie jeszcze po dwa tajskie małe piwa na lepszy sen i wykończeni circa dziewiętnastogodzinną podróżą poszliśmy odsypiać zaległości (ja z Żabą mieliśmy zresztą zarwane już trzy noce - pierwszej o 5:40 obudziła nas Córcia, kolejną spędziliśmy w polskimbusie, a ostatnią w samolotach). To już nie te czasy niestety, gdy po 32 godzinach spędzonych za kierownicą w drodze do Rumunii byłem jeszcze w stanie pójść na rumuńską imprezę :D Koło 11. wyszliśmy na nasze pierwsze, niezobowiązujące spotkanie z Bangkokiem, bez żadnego planu na początek. Poszlajaliśmy się trochę po uliczkach, straganach z żarciem i sklepikach. Po drodze zaliczyliśmy też nasze pierwsze spotkanie z posągiem Buddy w jakiejś świątyni, potem weszliśmy do kolejnej popatrzeć na mnichów. Tam zaczepił nas jakiś Taj, który opowiadał coś o obchodzonym ponoć tego dnia święcie, jednakże Tai english jest dla mnie, w przeciwieństwie do tego angielskiego z Włoch, Francji, Maroka, Szwecji, Chorwacji, Holandii, Ukrainy itd, zrozumiały jeszcze mniej niż ten oryginalny brytyjski :D, więc w sumie dowiedziałem się niewiele. Kawałek dalej zaczepił nas kierowca tuk-tuka, który zgodnie z tym, co usłyszeliśmy od wspomnianego wcześniej Taja ze świątyni, za 20 bathów tj. 2 zł (!!!) woził nas po mieście przez trzy godziny. Ta cena to ponoć w związku ze wspomnianym wyżej świętem, a przynajmniej tyle zrozumiała Ania (i dotyczyła ponoć tylko tuk-tuków z flagą tajską i królewską na dachu - Taj ze świątyni nazywał je "goverment tuk-tuk" cokolwiek miał na myśli). Kierowca jechał wprawdzie za 2 zł, ale przy okazji zbierał jakieś pieczątki za które dostawał potem kupony na paliwo i żarcie od rządu podobno, z którego był zresztą bardzo dumny (z rządu w sensie, nie z żarcia ;) ). Zobaczyliśmy więc z kolejne dwie buddyjskie świątynie, jakąś świętą górę czy coś w tym guście, w związku z pieczątkami nie obyło się także bez wizyty w dwóch sklepach (z garniakami szytymi na miejscu i drugi z biżuterią) i oficjalnej informacji turystycznej. Na koniec poprosiliśmy jeszcze, żeby odwiózł nas na sławną Khao San, na której jednak o tej porze za wiele się nie działo, poszliśmy więc dalej siadając w pierwszej napotkanej knajpie z kategorii tych bardziej zapyziałych i lokalnych niż turystycznych i na bocznej uliczce na nasz pierwszy tajski lunch. Żaba zamówiła makaron z warzywami i kurczakiem "absolutely no spicy". Smaczne, choć jak dla niej za ostre (próbowałem, ostrości nie czułem). Ja wziąłem sobie ostrą zupę z chili i krewetkami. Mając na względzie miejskie legendy o nieprawdopodobnie ostrym jedzeniu w Azji poprosiłem o cyt. "spicy, but not very very" :D Zupka była świetna, ostrość jak dla mnie dość solidna, ale w zupełności zjadliwa, tak mniej więcej doprawiam sobie gulasz, leczo czy fajitas w domu, gdy mam ochotę na coś ostrego. Choć dziewczyny twierdziły oczywiście, że tego nie da się zjeść i obficie popijały piwem.  [Później żarcie zamawiałem już w wersji spicy po prostu i wszystko choć zawierało solidną dawkę kapsaicyny, było dla mnie bez problemu zjadliwe i przyjemne w swym intensywnym odbiorze - przyp. red. z dzisiaj.] Ania - jak to Ania (vel "piwo to moje paliwo") głodna nie była, więc jedzenia nie zamawiała. Wracając do hotelu po nasze bagaże zjedliśmy jeszcze jakieś dwa wynalazki z ulicznych bud (niedobre, więc nie wnikam w szczegóły), wypiliśmy sobie kokosa (wg Żaby - woda z cukrem - potwierdzam) i poprosiliśmy recepcjonistę o zamówienie taxi na lotnisko, tym razem stare lotnisko DMK, skąd za 2,5h mieliśmy lot do Chiang Rai na północy Tajlandii. Wg informacji z punktu informacji turystycznej dojazd miał trwać 30-60 min, podobnie twierdził facet z recepcji. Hotelowy taxi service miał kosztować 400 bathów + 20 wezwanie do hotelu. Po przyjeździe taksiarza okazało się, że chce 500 bathów plus opłatę autostradową 50 i choć różnica 4-5 zł na głowę nie była dla nas zbyt istotna, to w imię zasad wdaliśmy się z nim w ostrą dyskusję, skutkiem której wylądowaliśmy z powrotem na ulicy pod hotelem. W międzyczasie zerwała się gwałtowna ulewa (to tutaj pora deszczowa), a ja w strugach obfitego, ale na szczęście ciepłego deszczu negocjowałem z pobliską sklepikarką i jednocześnie właścicielką stojącego przy tym sklepie tuk-tuka dowiezienie nas na DMK, dziewczyny w tym czasie rozglądały się za taksówką. Ta szczęśliwie po chwili się pojawiła (choć była to boczna uliczka, więc mieliśmy trochę szczęścia), poznana przeze mnie sklepikarka pomogła nam dogadać cenę i ostatecznie za 300 bathów highway fee inclusive ;) mokrzy, ale szczęśliwi że jednak polecimy, jechaliśmy na lotnisko. Ruch i korki były jednak potworne (ponoć z powodu ulewy - co częściowo przynajmniej zapewne jest prawdą), driver wyjątkowo nieporadny, a atmosfera wraz z każdą kolejną uciekającą minutą, robiła się coraz bardziej nerwowa. Obmyślaliśmy już w międzyczasie awaryjne plany B i C na kolejne dni, stojąc w gigantycznych korkach. Ostatecznie - biegnąc przez terminal, szukając nerwowo na monitorze numeru naszego stanowiska odpraw, stawiliśmy się w nim na dwie minuty przed jego (planowym) zamknięciem. Udało się. W magazynie pokładowym Air Asia, między licznymi reklamami alkoholu i perfum, jest też m.in. obszerny artykuł o... procedurach postępowania z ciałem w razie śmierci pasażera nieszczęśliwie zmarłego na pokładzie w trakcie lotu i ilustracja skośnookiego rzygającego do papierowej torebki ! Serio ! WTF? :D Ja wiem, że choroby i śmierć to część ludzkiego życia (tak przeczytałem w tym samym artykule, ale i tak wiem o tym doskonale), ale jakoś nie widzę tego w magazynach Ryanair, Wizz, LOT, Air Berlin, EasyJet... Wieczorem byliśmy w Chiang Rai, skąd następnego dnia rano mieliśmy udać się do Złotego Trójkąta.

Pierwsze wrażenia, bo o nie pytacie! Na pewno jak najbardziej pozytywne, choć w sumie dość umiarkowane chyba jednocześnie, bez ekscesów i żadnych istotniejszych problemów jak na razie, kraj łatwy w podróżowaniu i chyba w sumie mniej egzotyczny niż mógłbym się spodziewać. Jest trochę azjatyckiego syfu na ulicach, ale nie aż tyle jak sobie wyobrażałem (mało go jest), ludzie mają lekko skośne oczy, ale tylko lekko i w sumie patrząc na nich mam wrażenie, że to trochę nasze ziomki, żarcie mocno ostre, ale nie aż tak, jak głoszą miejskie legendy, ruch na ulicach chaotyczny trochę, ale nie aż tak jak w niektórych innych bliższych miejscach w których byłem. Miło i przyjemnie, może nawet nieco zbyt bezproblemowo jak dla mnie, gdy lecę na drugi koniec świata.

Bangkok, wrzesień 2013

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Tajlandia jest jednym z bardziej cywilizowanych krajów regionu, więc dziczy nie ma co się tam spodziewać, a i łatwość podróżowania jest na poziomie europejskim. Na prowincji na pewno będzie bardziej swojsko i „azjatycko” niż w wielkiej metropolii.

Tajska kuchnia jest zwykle intensywna smakowo, ale do specjalnie ostrych nie należy, więc legendy o ostrej kuchni musiałeś pomylić z jakimś innym rejonem Azji (ten kontynent jest dość spory i zróżnicowany :D). Jeśli chcesz zmierzyć się z ostrością to znajdź jakąś hinduską knajpę, najlepiej w środku dzielnicy hinduskiej żeby była autentyczna (pytaj o Little India, tak nazywają się hinduskie odpowiedniki chińskich Chinatownów; w BKK to chyba Phahurat) i poproś o „something very spicy very hot” ;-)

Powodzenia, bawcie się dobrze i z niecierpliwością czekamy na kolejne odcinki relacji :)

Wyjadacz Wisienek pisze...

jak taksówkami się rozbijacie to nic dziwnego że bezproblemowo... Nie przypominam sobie wyjazdu na którym splamiłabym się wzięciem taksówki :)

Opis fajny, ale więcej zdjęć!

Anonimowy pisze...

Aaa i przede wszystkim: spicy nie oznacza ostry, tylko aromatyczny, mocno przyprawiony. Jak chcesz ostry to hot albo spicy-hot ;-)

Unknown pisze...

Ciekawe wpisy i czekam na więcej, zwłaszcza z północy Tajlandii. Co do ostrych potraw więcej "dobrego" słyszałem o Sri Lance, Indiach i chińskim Siczuanie. Jak Tajlandia za bardzo rozwinięta dla Ciebie to może warto kontrolnie uderzyć do Kambodży. Dla mnie był to chyba dotąd największy szok kulturowy. Większy pewnie znajdę tylko w Afryce, choć niekoniecznie w RPA. ;-)