Pewnego wiosennego dnia ubiegłego roku siedząc z kumplem przy pomostach wrocławskiej Mariny Topacz i jedząc obiad z nieśmiertelnej Mewy, na jednej z przycumowanych tam łodzi rzucił nam się w oczy numer telefonu do instruktora kursów sternika motorowodnego. W efekcie już w czerwcu...
..zostałem szczęśliwym posiadaczem patentu, a cały sezon upłynął nam pod znakiem bliższych i dalszych rejsów różnej maści pływającymi gratami po wrocławskiej i podwrocławskiej Odrze. Cały Wrocławski Węzeł Wodny wraz ze swoimi licznymi śluzami, kanałami, przepustami, jazami i trzema alternatywnymi drogami wodnymi przez miasto stanowi arcyciekawy system obiektów hydrotechnicznych w skali Polski i Europy, ale o nim najpewniej któregoś dnia w jakiejś odrębnej notce. Prawdziwy wiatr we włosach poczułem za to, gdy w samym środku wakacji wybraliśmy się z moją Żabą na Mazury. Tam wypożyczyliśmy spory (siedem metrów długości) i nowoczesny jacht kabinowy zapewniający niezbędne do tygodniowego rejsu wygody i ruszyliśmy nim z Węgorzewa na południe szlakiem Wielkich Jezior Mazurskich będących częścią Pojezierza Mazurskiego.
Mazurskie Jeziora z perspektywy jachtu absolutnie nas urzekły, zwłaszcza moją Ukochaną, która nim wyciągnąłem ją na jacht na Mazury przez tydzień jęczała mi nad uchem, że woli w Bieszczady na agroturystykę pooglądać koguta i kury (które nota bene swój urok zapewne też mają - zresztą Bieszczady gościły kiedyś już na tym blogu -
tutaj link). Szlak WJM jest niezwykle różnorodny: są jeziora ogromne jak Śniardwy, i małe na których można pływać małymi przesmykami między wysepkami, są kanały łączące jeziora, jest cudo techniki w postaci
mostu obrotowego, który tym razem oglądałem nie z drogi, a z wody. Do tego doskonała i różnorodna infrastruktura: duże, nowoczesne ekomariny zapewniające portowy full-serwis i maleńkie pola biwakowe ukryte w trzcinach, przy których cumuje się do starych pomostów. Te drugie nie zapewniają wprawdzie z reguły podłączenia prądu ani przyzwoitych sanitariatów, za to towarzystwo żeglarskiej braci, ognisko do rana i szanty przy akompaniamencie gitary i skrzypiec rekompensują z nawiązką te niewygody. Do tego kompletne oznakowanie nawigacyjne na całym szlaku, szczegółowe mapy, nawodne stacje benzynowe i nowy system ostrzegawczy czynią żeglugę przyjemną i bezpieczną. W szczycie sezonu jest wprawdzie rzeczywiście dość tłoczno, jednak dotyczy to w zasadzie głównych torów wodnych oznaczonych pławami, wystarczy tylko kawałek popłynąć w bok (a nasz jacht miał zanurzenie zaledwie 30 cm, więc wpłynąć dało się w zasadzie wszędzie), by móc cieszyć się spokojem i samotnością. Nasz rejs rozpoczęliśmy w Węgorzewie, by kanałem węgorzewskim wypłynąć na Jezioro Mamry. W trakcie całego wypadu odwiedziliśmy jeziora: Przystań, Bodma, Święcajty, Kirsajty, Dargin, Sztynorckie, Łabap, Kisajno, Tajty, Niegocin, Boczne, Jagodne, Szymoneckie, Szymon, Kotek, Tałtowisko, Tałty, Ryńskie, Mikołajskie. Po drodze płynęliśmy kanałami: Tałckim, Grunwaldzkim, Mioduńskim, Szymońskim, Giżyckim, Niegocińskim, Kula i Piękna Góra. Nasz rejs zakończyliśmy w Niedźwiedzim Rogu na Jeziorze Śniardwy i z powrotem najkrótszą już drogą wróciliśmy do Węgorzewa. Przybliżony schemat trasy pod
tym linkiem.
Mazurskie wakacje na jachcie spodobały nam się tak bardzo, że planujemy wypad tutaj także w tym roku, do przepłynięcia została nam bowiem cała ich część południowa, a gdy starczy czasu może popłyniemy też Pisą i Narwią w kierunku Ostrołęki albo Pisą i Biebrzą do Kanału Augustowskiego. Zresztą gdyby mieć wystarczająco dużo czasu i samozaparcia oraz jacht, to można by śródlądowymi drogami wodnymi wrócić i do samego Wrocławia (albo popłynąć np. do Amsterdamu gdyby ktoś miał taką fantazję), ale to już temat na całkiem inne opowiadanie.
Dziś pierwsza partia fotek, kolejna w następnej notce. Po kliknięciu na fotce można spojrzeć na nie wszystkie w większym rozmiarze.
2 komentarze:
Bez przesady! Tydzień to nie jęczałam......
O! Ropuch tutaj :D
Prześlij komentarz