Fuerteventura to jedna z siedmiu głównych wysp archipelagu Kanarów. Od afrykańskiego wybrzeża (dokładniej - marokańskiego) dzieli ją zaledwie sto kilometrów, charakteryzują ją więc suchy i gorący klimat, idealny na kilkudniowy wypad, gdy w Polsce mrozy i śniegi. Dzięki połączeniom tanich linii można się...
tu dostać, jeśli dobrze poszukać, za bardzo niewielkie pieniądze, wygodni z kolej mają też zdaje się w tym sezonie możliwość bezpośredniego czarterowego lotu z Wrocławia, choć ten zapewne do tanich nie należy. Na samej wyspie nie ma wprawdzie zbyt wiele do zobaczenia, krajobraz to w dużej mierze po prostu pustynia, jeśli ktoś jednak szuka słońca, pięknych piaszczystych plaż (piach został tu przez wieki nawiany właśnie z Maroka), błękitu nieba i zapachu oceanu, to Fuerteventurę można z całą pewnością polecić. Do tego praktycznie brak niszczącej krajobraz wysokiej zabudowy znanej choćby z wybrzeża Hiszpanii kontynentalnej, niewielka gęstość zaludnienia i niewygórowane, zbliżone do polskich ceny (czasem niższe) sprawiają, że Fuerteventura bardzo przypadła mi do gustu, bardziej niż obiektywnie zapewne ciekawsza (ale bardziej zatłoczona i skomercjalizowana) Teneryfa (fotki z Teneryfy były na blogu w
notkach z marca 2008 roku). Dziś i w kolejnych dwóch notkach kilkadziesiąt ujęć stamtąd. Jak zwykle wszystkie fotki w większym rozmiarze po kliknięciu na pierwszej z nich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz